Fragment ksiażki „Cud w medycynie. Historie pacjentów”
Z rozdziału O śmierci myślałam dwa razy
olga: Przełomem było znalezienie w Bazylei odpowiedniej dla mnie krwi pępowinowej. ale zawierała ona zbyt mało komórek macierzystych do bezpiecznego przeszczepu — taka ilość mogłaby wystarczyć dla niemowlaka, nie dla dorosłej osoby. Co prawda byłam chuda jak wiór, ale pewności, że krew z Bazylei pomoże mi zwalczyć białaczkę, nie było do końca. Doktor Zaucha, odpowiedzialny za przygotowanie przeszczepu, długo mi tłumaczył, czym jest
krew pępowinowa i znajdujące się w niej komórki macierzyste, z których wykształcają się prawidłowe komórki krwi, oraz jak powstaje szpik. Gdybym chciała, rozrysowałby mi cały proces. obiecał, że nie wyjdą mi włosy, bo chemioterapia przed przeszczepem miała być zredukowana (pewnie bał się, że zwykłej chemii już nie wytrzymam). nie ukrywał, że to pierwszy tego typu zabieg w klinice... Zdawałam więc sobie sprawę z ryzyka, ale chciałam żyć i skorzystać nawet z tej, niepewnej przecież, szansy. wiedziałam, że wielu takiej możliwości nie miało.
na ostatni weekend przed przeszczepem, z wkłuciem pod obojczykiem, pojechałam do słupska. Przeszczep to droga w jedną stronę, można nie wrócić, nie chciałam siedzieć bezczynnie w Gdańsku przez dwa dni! nawet między kolejnymi rundami chemii jeździłam do słupska „na kolonie” — tak mówiłam, bo czułam się tam jak na wyjeździe wakacyjnym. Dom był w klinice. Podczas tych krótkich pobytów nawet u siebie nie spałam. mówiłam: „nie wiadomo, co się jeszcze zdarzy...”.
wiesława: wykorzystywała każdą minutkę, każdą sekundeczkę.
olga: Czekała rodzina, przyjaciele, mój pies — nie widywałam ich przecież przez wiele tygodni.
wyspać mogłam się w szpitalu, bo gdy było źle — a często było źle — mogłam jedynie leżeć i spać.
w poniedziałek rozpoczęłam czwartą serię chemioterapii — przyjmowałam trzydzieści tabletek do każdego posiłku, czyli dziewięćdziesiąt dziennie. Potem miałam dwa dni naświetlań w Katowicach. wróciłam o szesnastej w sobotę.
Założyłam perukę, umalowałam się, od koleżanki pożyczyłam dres, żeby nie leżeć w piżamie. Potem obleciałam wszystkich znajomych na oddziale. „słuchaj, Bercia, muszę iść, bo zaraz mam przeszczep” — powiedziałam, odwiedzając ostatnią koleżankę. „Co?!” „mam przeszczep”.
Przed siedemnastą byłam już na sali przeszcze-powej. niecałe pół godziny później było po wszystkim i na półtora tygodnia odizolowano mnie w sali z łóżkiem za antybakteryjną śluzą. miałam czekać na to, co się zdarzy. i... nic się nie wydarzyło. to była dla mnie nagroda za to wszystko, co przeszłam. nie było grzyba, zniszczonych śluzówek, hemoroidów, wymiotów. nie było odrzutu. ale włosy wyszły...
Doktor Zaucha, razem z doktor agnieszką Piekarską, z którą rozmrażał przywiezione przez doktora szatkowskiego z Bazylei woreczki krwi pępowinowej, byli w siódmym niebie. ja chyba jeszcze wyżej. Był luty 2005 roku — za chwilę miała minąć druga rocznica zmian, które zaczęły się w moim organizmie trzy tygodnie przed pojawieniem się bólu w lewej nodze. Dwa miesiące później opuściłam klinikę. o tym, co wtedy przeżyłam, myślę codziennie, mimo że od drugiego przeszczepu jest spokój (ale nie mówię o sobie, że jestem zdrowa; nie używam tego słowa po tym, jak przeżyłam wznowę). nigdy o tym nie zapomnę, zresztą nie chcę tego wypierać z pamięci. Do kliniki, teraz już Uniwersytetu medycznego w Gdańsku, wracam kilka razy w roku na kontrole szpiku, także wtedy, kiedy coś się dzieje, na przykład pojawiają się dziwne plamy na skórze i lekarz prowadzący, doktor maria Bieniaszewska, musi to zobaczyć.
wiesława: Przed wyjazdem do norwegii doktor szatkowski powiedział, że olga musi żyć normalnym życiem.
olga: i tak się stało, ale jednak jakoś się pilnuję. Ubieram się pod pogodę, żeby się ani nie przegrzać, ani nie zaziębić. smaruję skórę na zagojonej nodze maścią ze sterydami, bo wciąż są na niej obecne ślady GVHD, czyli działania przeszczepu przeciwko gospodarzowi. organizm bowiem nigdy do końca nie akceptuje przeszczepu. skórę głowy po umyciu włosów muszę przetrzeć specjalnym płynem, bo tworzy się na niej sucha, łuszcząca się skorupa. nawet z zaczerwienionym gardłem od razu lecę do lekarza. Gdy przeżyło się wznowę,
zawsze czai się strach, że nie wiadomo, co jeszcze może się zdarzyć.
•••
wiesława: tylko śmierci nie mogę przeskoczyć. Poza tym — dam radę.
olga: jak tylko stanęłam na nogi, ukończyłam studium kosmetyczne, potem studia licencjackie z pracy socjalnej, przede mną magisterka z resocjalizacji. Zmieniłam nazwisko na panieńskie mamy, bo nie chciałam nazywać się tak jak mój biologiczny ojciec. Zaręczyłam się z Krystianem, z którym właściwie rozumiem się bez słów — tak, bez słów. mogę nawet powiedzieć, że spełnia moje marzenia, nim mu o nich opowiem. Był przy mnie przez całą chorobę. Przyjaciele sprawdzili się zresztą w stu procentach — zawsze mogłam na nich liczyć, znieśli wszystko. nawet poszerzyłam ich grono, dołączył bowiem do niego doktor Zaucha — w jego domu na wsi, sześćdziesiąt kilometrów od słupska, zasadziłam drzewo. Nie wiem jednak, choć zadaję sobie różne pytania, dlaczego ludziom przydarza się coś takiego jak białaczka. Czego ma nas nauczyć drobna zmiana w Dna, która powołuje do życia takie komórki, które nie umierają nigdy, niszcząc to, czego potrzebujemy, by żyć?
wiesława: Zdarzyło się i już. Codziennie modlę się za tych wszystkich, którzy nam pomogli — a to rzesza ludzi — żeby to dobro wróciło do nich nawet pięć razy.
olga: a ja myślę, że się tego dowiem dopiero, gdy będę umierać. Po co było to wszystko.